| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
statystyka Artykuły Najlepsze Blogi

sardynkowe opowieści

piątek, 22 kwietnia 2016

Kto dziś odwiedza słynne Szmaragdowe Wybrzeże pełne VIP-owskiego blichtru, z trudnością uwierzy, że jeszcze 60 lat temu na terenach dzisiejszych luksusowych hoteli pasały się owce, a jedynymi plażowiczami były dostojne, powolne sardyńskie krowy, które w upalne dni z upodobaniem brodziły w turkusowym morzu.


Niewielu poza samymi mieszkańcami wiedziało o istnieniu tego rajskiego zakątka. Zresztą mieszkańcy za rajski wcale go nie uważali. Zajęci wyciskaniem z jałowej, granitowej ziemi mizernych plonów pozwalających na jako takie przeżycie, nie mieli czasu na beztroską kontemplację okolicy. Przyzwyczajeni do mozołu, nie wyobrażali sobie innego życia. Telewizji nie mieli. Ich wiedza o świecie ograniczała się do przestrzeni o promieniu kilku-kilkunastu kilometrów od ich domów. Owszem, na horyzoncie majaczyły niekiedy jakieś żagle. Zdarzało się nawet, iż łodzie zarzucały kotwicę w jednej z licznych zatok. A jedna, trzymasztowy skuner z 1933 roku, o marzycielskim imieniu “Krzyż Południa” przypływał nawet dość regularnie. Należał do Giuseppe Kerry Mentasti'ego, przedsiębiorcy, właściciela “San Pellegrino”. Mentasti był pierwszym “obcokrajowcem” - bo dla Sardyńczyków ci z “kontynentu” byli i są obcokrajowcami – który kupił ziemię w półocno-wschodniej Sardynii. Tą ziemią była wyspa Mortorio. 42 hektary granitowych skał i makabrycznej historii: mówi się, iż na wyspę w przeszłości odsyłano wszystkich trędowatych, którzy przeżywali dzięki obecności źródła słodkiej wody i hodowli krów. To przypuszczenie miało potwierdzać osiemnastowieczne odkrycie licznych ludzkich szczątków. Niektórzy twierdzą, że szczątki należały do rozbitków z pirackiego statku Mujahid'a Al-Amir'a, a nazwa “mortorio” pochodziłaby od “martir” - męczennik. Dla innych “mortorio” wywodzi się raczej od “mortuario”, tj. kostnicy, a byłoby nią zgromadzenie w kopiec ku przestrodze, trupów Saracenów pokonanych przez Genueńczyków w wyniku jednej z licznych bitew morskich w X wieku. Mentastiego nie przerażała upiorna historia, interesowały go mieszkające na wyspie dziki oraz ławice grouperów w okolicznych kryształowych wodach . Za przyjemność niezakłóconego polowania i nurkowania zapłacił równowartość – plotkuje się – 1470 dzisiejszych euro. Grosze dla kupującego, fortuna dla sprzedającego.

Był to rok 1954. Do oficjalnych narodzin “Costa Smeralda” brakowało ośmiu lat. W przeciągu tych lat do rajskiego zakątka trafiło jeszcze kilka osób. Wśród nich Żydowska para polskiego pochodzenia, Gisele i Rene' Podbielscy. Ona była wziętą ekonomistka pracującą dla londyńskich banków, on – niedocenionym pisarzem dorównującym talentem Singerowi, lecz nie mającym szczęścia do wydawców. Historię ich życia Gisele opisała w książce “Two european lives”.* Znaleźli się na Sardynii, bo Gisele, pracująca dla ONZ, została wysłana na wyspę w celu napisania raportu o wpływie malarii na lokalną ekonomię. Jej współpracownikiem był niejaki John Duncan Miller, angielski dżentelmen. Kiedy na terenie Gallury** po uciążliwm przedzieraniu się przez makię porastającą granitowe wzgórza, znaleźli się wreszcie nad morzem, nie mogli uwierzyć własnym oczom. To był raj. Prawdziwy raj. Woda kryształowo czysta. Kolory jak na Karaibach. Z tą różnicą, że nie trzeba było przelatywać nad oceanem... A do tego ani żywej duszy...

gisele podbielski

Dysponując odpowiednią gotówką nie tracili ani chwili. Przekonali kilkoro z zamieszkujących tam pasterzy, by odsprzedali im swoje nieużytkowane domy. W większości były to na pół-zrujnowane, proste dwuizbowe budynki z kamienia położone w zielonej gęstwinie na wzgórzach, w bliskości morza. Pasterze korzystali z nich przy okazji wypasania krów i owiec. Ich rodziny mieszkały wyżej, “w górach”, tam, gdzie – badane przez Gisele komary – rzadziej docierały. Pasterze sprzedając kręcili z niedowierzania głowami. Z ich punktu widzenia tylko szaleniec lub idiota mógłby tracić pieniądze na rudery, leżące na dodatek na terenach, z których nie było pożytku. Nie tylko nie dało się nic na nich uprawiać, ale nawet krowy nie miały tam co skubać; schodziły tam wyłącznie w upalne dni, by się schłodzić w morzu. Brodziły wówczas w tę i z powrotem, a pasterze obserwowali je sceptycznie. Za żadne skarby nie weszliby do wody. Ich atawistyczne uprzedzenie rodziło się wieki wcześniej – podczas najazdów Kartagińczyków, Rzymian, Wandali, Saracenów zwanych tu Maurami, a później Hiszpanów i wszelkiej maści piartów. Wszyscy oni przybywali z morza. Morze to była dla Sardyńczyków niewiadoma. Niebezpieczeństwo. Śmierć.

rene podbielski

Tymczasem Gisele i Renè z grupą bliskich przyjaciół, którym zdradzili wielki sekret, bawili się w pionierów. Albo w Adama i Ewę, jeśli kto woli. W ich edenie brakowało cywilizacyjnych luksusów: kanalizacji, bieżącej wody, prądu. Życie było prostsze, choć dość niewygodne. Lecz tym, co nie miało ceny była nieskrępowana swoboda. Autentyczna wolność!

costa

Ich mały, sekretny raj pewnie by takim pozostał, gdyby nie Patric Guiness (tak, z tych od piwa), który wypaplał wszystko swojemu przyrodniemu bratu. Komu? Aaa... o tym w “następnym odcinku”...

*Jeśli ktoś z Państwa ją posiada, to chętnie bym przeczytała. Moje próby jej znalezienia w nieprzepastnych czeluściach internetu spełzły na niczym...

** Gallura – historyczny region Sardynii obejmujący jej północno-wschodnią część.

zdjęcia: marestelle.wordpress.com, Consorzio Costa Smeralda, "Oggi", CNTraveller.com

piątek, 16 stycznia 2015

Sardynia nie dorówna Brazylii, lecz karnawał obchodzi się tu hucznie na ile się da. Sardyńczycy mogą na pierwszy rzut oka wydawać się ponurzy (albo wręcz przeciwnie: radośni, co zależy przede wszystkim od tego, z którego regionu Sardynii pochodzą), ale jeśli nawet, to lubią i potrafią się bawić. 

karnawał

Na Sardynii karnawał zaczyna się umownie każdego roku 16/17 stycznia w wigilię i dzień Świętego Antoniego Opata. Wieczorem, 16 stycznia na głównych placach wsi i miasteczek Wyspy rozpala się ogniska. Nie tylko po to, żeby uczestnikom obchodów Świętego było cieplej - w końcu w styczniową noc ogień jak znalazł - ale przede wszystkim ze względu na ich symboliczne znaczenie. Wszak Święty Antoni Opat według mitu miał postąpić jak Prometeusz i ukradłszy  ogień diabłu udostępnić go ludziom. 

ogień

Korzenie święta są bez wątpliwości pogańskie, przedchrześcijańskie. Kościół - jak w przypadku większości świąt kościelnych - umiejętnie zastąpił niedopuszczalny kult (celebrowanie przejścia bóstwa i natury ze śmierci do życia) kultem oficjalnym. Dowody ukryte są między wierszami. W legendzie święty Antoni udaje się do piekła w towarzystwie małej świni. Ta była nie tylko atrybutem Demetry, bogini urodzaju i ogólnie płodności ziemi, ale w europejskim folklorze uosabia ducha zbóż. 

Ogień nie tylko się podziwia, ale przede wszystkim wokół niego tańczy. To również ma znaczenie symboliczne, z którego być może nie zdają sobie sprawy sami uczestnicy tańca, i odnosi sie do rytów dionizyskich. Człowiek podczas rytmicznego tańca i śpiewu miał tracić świadomość, kontrolę nad sobą, by móc wejść w kontakt z bóstwem. Poruszanie się w lewą stronę, kulejącym krokiem jest zarezerwowane dla powracająch ze świata umarłych i dla szamanów. W ten sposób poruszaja się Mamuthones i inne zamaskowane postaci sardyńskiego folkloru.

maska mamuthone

źródła: Simonetta Delussu, Doores Turchi "Maschere, miti e feste della Sardegna" 

czwartek, 20 lutego 2014

Costa Verde czyli Zielone Wybrzeże to jeden z mniej znanych regionów Sardynii, nie zadeptany jeszcze stopami turystów. Raj dla kochających naturę z odrobiną postindustrianego smaczku. Dla zainteresowanych zamieszczam video Pana Mateusza, które świetnie oddaje klimat tej części wyspy. 

piątek, 23 sierpnia 2013

Niedawno postraszyłam Was, Drodzy Czytelnicy, pająkiem i rybą, a dziś kolej na sardyńskie potwory...

sa koga

Kiedy słońce skryje się za linią wzgórz, a coraz gęstszy mrok zacznie pochłaniac wielusetletnie lasy dębowe zostawiając w miejscu ich przysadzistych sylwetek czarne lepkie dziury ciemności, kiedy pasterze zatrzasną bramę owczarni, a sami rozglądając się nerwowo na boki znikną w szałasach, kiedy ustanie krzątanina kobiet w kuchni, a płacz zmorzonych snem dzieci ucichnie, kiedy nawet krzewy mirtu i rozmarynu nagle, jakby ktoś je wyłączył, przestaną pachniec, niechybny to znak, że świat we władanie biorą straszliwe potwory. Ich czasem jest noc, ich domem skalne załomy, zakola rzek, groty i jaskinie. Sardynia jest ich pełna. Niektóre służą wyłącznie do straszenia dzieci lub trzymania ich  ryzach, ale są i takie, których na równi z dziecmi boją się dorośli. Do tej ostatniej kategorii należą koga i musca macedda

Pierwsza jest kobietą z krwi i kości, która jednak nocą doznaje metamorfozy i przeistacza się w skrzydlatego owada. Jest w stanie zmniejszyc swe wymiary do tego stopnia, że może prześliznąc się przez dziurkę od klucza. Jej celem są kołyski z noworodkami - sa koga spija ich krew powodując ich nieuniknioną śmierc. 

dziurka

W przeszłości wystarczyło, żeby kobieta zachowywała się w niecodzienny sposób, by posądzic ją o bycie sa koga. Niektórzy starzy mieszkańcy opowiadają, że takie kobiety nierzadko otrzymywały publicznie baty. W rejonie Canmpidano było rozpowszechnione przekonanie, że przeznaczeniem dziewczynki urodzonej w noc wigilijną lub jako siódmej z kolei córki było zostanie sa koga. Od tego losu nie mogła uciec. Nierzadko więc matki pozbywały się naznaczonych fatum siódmych córek porzucając je lub, w najlepszym przypadku, oddając je na wychowanie na przykład babci.

domus de janas

Aby uchronic nowonarodzone dziecko przed straszliwą śmiercią z rąk, a raczej z ust!, sa koga wystarczyło postawic koło kołyski odwrócone do góry nogami grabie. Wampirzyca zaczynała liczyc zęby grabii, a ponieważ potrafiła liczyc tylko do siedmiu, zaczynała ciągle od nowa i tak mijała cała noc. Z pierwszymi promieniami słońca, jak każdy szanujący się wampir, znikała. 

owad

Również musca macedda była owadem. Wielkim jak ptak. W niektórych wersjach nawet jak owca czy krowa. Miała długie, ostre zęby, antenki, które pozwalaly jej wyczuc ludzi, gdziekolwiek by się nie skryli oraz ogromne żądło. To właśnie nim zadawała śmierc. Udawało jej się dokonywac zagłady całych wsi. Potwór zazwyczaj stał na straży jakiegoś skarbu. Z reguły istniały dwie skrzynie - w jednej znajdowały się bogactwa, w drugiej rój musca maceda. Biada kto się ośmielał otworzyc niewłaściwą! Narażał na zagładę nie tylko siebie, ale całą ludzkośc. Musca macedda była prawdziwą bombą atomową! 

Rozpowszechnienie wierzenia przede wszystkim na terenach podmokłych, jest pośrednim dowodem na to, że musca macedda była prawdopodobnie wyolbrzymioną inkarnacją roznoszącego malarię komara widliszka, który w przeszłości rzeczywiście powodował śmierc całych wiosek. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

Czy można na siebie wdziać korę dębu? Okazuje się, że można. I to nie tylko w wyobraźni...

 

Dawno, dawno temu... Właściwie, to nie aż tak dawno, bo zaledwie kilkanaście lat temu, pewna młoda kobieta z Tempio Pausania, która od kiedy była dziewczynką uwielbiała bawić się materiałami, igłami, wstążkami, uwielbiała kroić, zszywać, przeszywać, kreować fatałaszki, sukienki i bluzeczki, a kiedy dorosła stała się wykwintną krawcową i z powodzeniem sprzedawała swe kreacje w małym butiku, doznała olśnienia. Spojrzała na wychodzące z prasy płaty korka, materiału, który w jej rodzinnym Tempio Pausania znajduje się na każdym rogu i z którym była za pan brat od dzieciństwa i pomyślała: "A gdyby tak korę sprasować aż będzie cienka, cieniutka, aż stanie się jak materiał do szycia... A gdyby tak szyć z kory ubrania?"

Transformacja kory dębu Quercus suber w Suberis®, jak później nazwała nowy materiał jego twórczyni Anna Grindi, nie nastąpiła w wielkim loboratorium, lecz w domowej kuchni. W ceramicznym garnku Anna umieściła cztery elementy, które wymieszane i podgrzane zamieniły się w suberis. Jakie elementy? No, cóż, to pozostaje tajemnicą alchemistki. :)

Faktem jest, iż Anna Grindi, miast sukienek do ślubu, sprzedaje teraz w swoim butiku na starym mieście w Tempio Pausania ekologiczne ubrania z kory dębu. By produkować suberis na większą skalę pani Anna zaprojektowała specjalne maszyny. Produkowane przez nią włókno korkowe ma trzy grubości: z najgrubszego robi się walizki, torby, powłoki na kanapy i tapczany, tapicerkę samochodową lub do jachtów, z najcieńszego sukienki i stroje kąpielowe. W fabryce pani Anny rocznie produkuje się ok. 200 km materiału o szerokości 1,40m. Do szycia używa się, a jakże! nici z korka o grubości 3 lub 6 mm.

Suberis jest materiałem ekologicznym w najszerszym tego słowa znaczeniu: otrzymuje się go z odnawialnego surowca, ulega stuprocentowej biodegradacji, ma właściwości antyalergiczne, antybakteryjne, termoizolacyjne, jest elastyczny, lekki, miękki, niepalny, odporny na zadrapania i darcie, wodoodporny.

Odkrycie pani Anny ma nie tylko znaczenie lokalne, ale, jak twierdzi ONZ, może się przyczynić do ochrony lasów dębowych, 75% których ryzykuje wymarcie w najbliższych dwudziestu latach.

Sklep znajduje się na via Roma 47 w Tempio Pausania. Ceny, delikatnie mówiąc, nie należą do niskich. Na przykład pasek do spodni może kosztować ok. 50 euro, torebka - 100 euro, mokasyny - ok. 150 euro.  

źródło i zdjęcia: http://www.suberis.it/home.php

wtorek, 18 grudnia 2012

Jeśli kiedykolwiek zdarzy Wam się zawitać do Sassari, to być może usłyszycie podśpiewywaną pod nosem przez tubylców skoczną marszową piosenkę na cztery czwarte. To hymn Brygady Sassari "Dimonios"*- ulubiona melodia mieszkańców tego miasta. Słowa i muzykę hymnu napisał kapitan Luciano Sechi.

 

Wczoraj przypadała 25-ta rocznica powstania Banda della Brigata Sassari "Dimoniosczyli orkiestry wojskowej sassarskiej brygady. Z tej okazji, w koszarach Monfenera w Cagliari odbyły się uroczystości upamiętniające założenie orkiestry. Był obecny sam prezydent Sardynii Ugo Capellacci.

 

A poniżej hymn wykonywany przez orkiestrę brygady pod batutą Marszałka Andrea Atzeni, który dowodzi orkiestrą od chwili jej powstania. Słowa oczywiście w języku sardyńskim, odmiana "logudorese".

 

* Dimonios to nic innego jak diabły, demony. Na ten przydomek zasłużyli sobie podczas pierwszej wojny światowej żołnierze 152 regimentu Brygady Sassari swoją szaleńczą wręcz odwagą.

zdjęcia: www.blondesearch.ru, www.it.paperblog.com

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mimo, iż dzień nie zapowiadał się najlepiej - nad naszym domem galopowały granatowe chmury gnane silnym wiatrem i tylko sporadycznie zza ich gniewnego napęcznienia wyglądało słońce - zdecydowaliśmy pojechać na od dawna sobie obiecaną wycieczkę. Naszym celem był jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Sardynii, obecny na wielu plakatach i w licznych reklamach, nuraghe Santa Barbara.

Wystartowaliśmy z Sassari. Czekało nas ok. 70 km drogi, którą przebyliśmy nie spiesząc się w 50 minut.* By dojechać do parkingu przy nuraghe nadjeżdżając od strony północnej trzeba zjechać drogą szybkiego ruchu 131 poza Macomer, które mijamy po prawej, do skrzyżowania wiodącego do Birori oraz Silanus. Zjeżdżamy z drogi w prawo, zataczamy koło, mijamy po prawej tuż przy szosie zniszczoną wieżę nuraghe Orosai i skręcamy w stronę Sassari (w lewo) czyli praktycznie wracamy! Ale tylko 2,5 km. Wjeżdżając pod górę drogą 131 należy uważać, bo zjazd do parkingu znajduje się za zakrętem i łatwo go przegapić: 

Zostawiwszy samochód na parkingu, dalszą drogę trzeba przebyć pieszo:

Idziemy szeroką ścieżką przez około 800 metrów. Po drodze napotykamy tylko na jedno "skrzyżowanie", tuż przy ruinach kościoła Santa Barbara. Wybieramy drogę w górę, na prawo.

Ledwie zrobimy kilkanaście metrów, zza chaszczy wynurza się wspaniały nuraghe Santa Barbara:

Znajduje sie pomiędzy terenami prywatnymi i jest od nich odgrodzony namiastką płotu - właściwie, to tylko brama jest na swoim miejscu. Stoi tam zasunięta na skobelek, dokładnie na linii otaczającego niegdyś nuraghe tzw. antemurale, czyli barbakanu. Obok bramy groźny napis: spółdzielnia taka i taka (która opiekuje się nuraghe zapewniając również w okresie letnim usługę przewodnika)** zrzeka się wszelkiej odpowiedzialności za samowolne przebywanie na terenie nuraghe.

No to bierzemy odpowiedzialność na nasze barki, odsuwamy skobelek i wchodzimy:

G. bez zastanowienia wskakuje na resztki bastionu:

 

Krzyczy, że niebezpiecznie i mamy trzymać się ziemi. Wchodzimy w obręb bastionu i tego, co niegdyś było trzema wieżami "od spodu". G. patrzy na nas przez nie istniejące sklepienie:  

 

Potem do nas dołącza i odsuwa prowizoryczne drzwi zasłaniające wejście do głównej, najlepiej zachowanej, wieży. Te drzwi nie są tam, by uniemożliwić wejście ewentualnym turystom, lecz by przeciwdziałać dostaniu się do wnętrza nuraghe dzikich zwierząt.

W środku jest ciemno. Latarka to konieczność. Wchodzimy do głównej sali o wymiarach 5,05 m x 5,80  i wysokiej 9,60 m. Sklepienie ma formę kopuły, zwanej tholos. Jest to typowe zwieńczenie większości nuraghi sardyńskich. Wewnątrz sali znajdują się trzy, jak to zwykle bywa, nisze.

Niezwykłe w nuraghe Santa Barbara jest, iż schody zaczynają się po prawej stronie od wejścia, a nie po lewej. Są nieregularne i wąskie. Biegną wewnątrz bastionu zakręcając wraz z jego linią.

Na pierwszym piętrze po prawej znajduje się wychodzące na południowy-wschód okno, po lewej sala, mniejsza i bardziej regularna od tej na parterze:

Jeszcze kilka stopni i jesteśmy prawie na szczycie, na terenie trzeciej sali, której mury runęły wieki temu. Jeszcze tylko kilka zdjęć po drodze.

 

Z nuraghe rozlega się daleki widok na płaskowyż Abbasanta. Z jednej strony podupadłe miasto Macomer, z drugiej pasące się krowy:

Nuraghe jak pierwszy dostrzegł (nie liczą się miejscowi mieszkańcy, kto wie dlaczego!) generał Della Marmora*** w roku 1860, po nim był Mackenzie w 1918. Wykopaliska przeprowadzono jednak dopiero w latach 1979 - 1981.

* Na wysokości Bonorva lunęło jak z cebra, ale kontynuowalismy nauczeni doświadczeniem, że w tej części wyspy pogoda zmienna jest; w rzeczy samej, nie pomylilśmy się, jak tylko przejechaliśmy rejon Campeda, zza chmur wyszło słońce.  

** nuraghe'm zarządza cooperativa Esedra; by zamówić przewodnika należy uprzednio zadzwonić: 0785 746034; 340 3285316, bilety: euro 3,50, dzieci 6 - 10 lat - euro 2,50.

*** Interesująca postać, autor Voyage en Sardaigne, może kiedyś będzie okazja, to napiszę.

Współrzędne: 40°16'33.39"N  8°46'58.82"E

czwartek, 29 listopada 2012

Co się kryje pod sardyńską spódnicą? Chcecie szczerej odpowiedzi? Nic. Sardyńskie kobiety nie noszą majtek. Oo! No dobrze, bądźmy precyzyjni: nie nosiły. Czas przeszły. Ale wcale nie aż tak bardzo przeszły.

Kto z Was podróżował trochę po wyspie, zwłaszcza po jej wnętrzu, to z pewnością spotkał się z widokiem kobiet (głównie starszych) ubranych na czarno. Plisowana spódnica, chusta na głowie, na ramionach szal z frędzlami. To dawny tradycyjny codzienny strój sardyńskich kobiet. Niezmienny nawet podczas gorących letnich miesięcy.

 spódnica sardyńska

Moja sardyńska znajoma opowiedziała mi historię zasłyszaną od swojej mamy. Opowieść o szokującym odkryciu faktu, iż pewna znajoma staruszka nie nosiła majtek. Rzecz działa się jakieś pięćdziesiąt lat temu w Sassari. Wcale nie w jakiejś "zacofanej" wiosce. Otóż mama mojej znajomej udała się ze staruszką na spacer. W pewnym momencie staruszka zatrzymała się i bez słowa rozszerzyła nogi. Po chwili matka mojej znajomej usłyszała charakterystyczny odgłos. Tak, nie myliła się: staruszka sikała. Na stojąco. Gdy skończyła machnęła spódnicą z przodu i z tyłu, poprawiła chustę i ruszyła w dalszą drogę.

kobieta sardyńska

W ogóle w przeszłości Sardyńczycy nie byli czyściochami. Amelie Posse Brazdova, szwedzka pisarka, która po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazła się z mężem na internowaniu w Alghero, opowiada w swej książce z 1930 roku "Sardinia Side Show" (gorąco polecam tym, którzy czytają po angielsku lub po włosku), jak ze zdziwieniem obserwowała ich 60-letnią pomoc domową, która nawet w najgorętsze dni nosiła pończochy. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się odkryła, że to, co brała za pończochy, było brązową, utrwaloną skorupą brudu. Kobieta bez zażenowania przyznała, że nigdy w życiu się nie myła...

grupa kobiet sardyńskich

Różne były powody takiego zachowania. Tym, który mnie najbardziej zaszokował było przekonanie, iż jeśli kobieta się myła, to znaczyło to bez cienią wątpliwości, że miała kochanka i w ten spoób usiłowała zatrzeć ślady ich miłosnych igraszek. No, cóż, co kraj, to obyczaj...

zdjęcia w kolejnośc: www.flickrhivemind.net, Claudio Floris, www.popolosardo.forumcommunity.net,

Tagi: tradycje
19:53, polonia-sardynia , sardynkowe opowieści
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Czasami pomyłki stają się błogosławieństwem i okazją odkrycia skarbów, których w przeciwnym razie nigdy byśmy nie odnaleźli.

Crabia

W sobotę postanowiliśmy pojechać do Seneghe na festiwal oliwy z oliwek. (O tym napiszę wkrótce.) Droga była nieskomplikowana: prosto, prosto wzdłuż 131*, a na wysokości Paulilatino skręcić w prawo. Tylko, że gdy dojechaliśmy do skrzyżowania okazało się, że drogi w prawo nie ma. "Skręcaj, skręcaj w lewo" - krzyknęłam do mojego męża, który nie przebierając w słowach zaczynał poddawać w wątpliwość moje umiejętności pilota. Uczyniłam to nie z przekonania, ale by nie stracić twarzy. Skręciliśmy, bo i co mieliśmy robić będąc już na środku skrzyżowania. W końcu, po pierwsze, jeśli na mapie była droga w prawo, to niemożliwym jest, by nagle zniknęła bez śladu, po drugie, prędzej czy później natrafimy przecież na jakiś przejazd, most czy tunel prowadzący na drugą stronę...

Crabia

Most pojawił się jak na zamówienie, bez chwili zwłoki zamajaczył w oddali za budynkami, tylko, że nijak nie dało się do niego dojechać. "E adesso?" (Co teraz?) - pytam przyznając się tym samym do porażki. "Andiamo avanti" (Jedziemy przed siebie) - odpowiada mój mąż niezrażony. Jedziemy przez nieciekawe Paulilatino. Tuż za ostatnim domem w miarę przyzwoita droga zamienia się w pełną dziur i wybrzuszeń pozostałość po starej 131. Zaczyna się jazda! "Torniamo indietro" (Wracajmy) - mówię, bo to się nie zapowiada dobrze, ale mój mąż nalega, by "sprawdzić" jeszcze kawałek, "co tam jest za rogiem". No to sprawdzamy. Za każdym rogiem robi się coraz ciekawiej. Szosa biegnie dnem kotliny, ocieniają ją wysokie sosny. Próbuję włączyć nawigator, ale nie ma sygnału z satelity. Wreszcie "wyluzowuję" i poddaję się urokowi pejzażu.

 Crabia

Po kilku minutach przejeżdżamy pod 131 i zaraz potem po prawej między zaroślami, jakieś sto metrów od nas wyrasta nuraghe. "Stop'! - krzyczę. "Zwiedzimy?" I tak oto odnajdujemy kolejny sardyński skarb. Wbrew naszym obawom dostać się do niego nie jest trudno. Drogę zastępuje nam mała rzeczka, którą pokonujemy po rudymentalnym mostku. Wstępujemy na prywatny teren, jednak jesteśmy spokojni** - nie mamy zamiaru kraść, a sobota na szczęście nie jest dniem polowań.*** Wkraczamy w gaj oliwny. Drzewa uginają się pod ciężarem owoców. Mój syn natychmiast przystępuje do "zbiorów". Potem znajduje jakiś pałąk i używa go jak zawodowy trekingowiec, pomagając sobie we "wspinaczce". Pies szaleje odurzony milionami zapachów. Idąc, depczemy rozrytą przez dziki ziemię i kupy owiec. Na jednym z kamieni wygrzewa się patyczak. Nigdy nie widzieliśmy patyczaka w naturze. Słońce przyjemnie łaskocze.

Crabia

Gdy podchodzimy do nuraghe okazuje się on być o wiele większy, niż się spodziewaliśmy. Do tego można wejść do środka! Wejście nie jest, jak w większości nuraghów, zacementowane. Jest tylko jeden feler: latarkę zostawiliśmy w samochodzie. Zanurzamy się w wilgotny mrok sali na parterze. Jest wysoka i, jak bozia przykazała, ma trzy nisze w ścianach, a po lewej stronie od wejścia znajdują się schody na piętro. Mój genialny mąż przypomina sobie, że ma funkcję latarki w telefonie. Słaba, ale lepszy rydz, niż nic. Wspinamy się po stromych, nieregularnych schodach. Wejście tu po ciemku równałoby się bez wątpliwości połamanym nogom. Kiedy wychodzimy na dach - którego zresztą nie ma, bo brakuje sklepienia nuraghe, my stoimy na murze (wyobraźcie sobie narysowany grubą na dwa metry krechą pusty okrąg o średnicy 6 metrów, gdzie linia to mur, a pustka okręgu to brakujące sklepienie) - roztacza się przed nami zielona panorama doliny. Ja lezę na czworakach, żołądek mam w gardle. Nasz synek siedzi posłusznie, zgodnie z nakazem, między nogami mojego męża, który stoi dumnie jak jakiś wódz. Przybiega do nas pies. Jest niezwykle zainteresowany tym, co na dole, kilkanaście metrów niżej i wyściubia nos za skraj muru. "Do nogi" - wrzeszczymy równocześnie. Nie wiem jak mój mąż, ale ja w wyobraźni już wydłubywałam szczątki Pimpy z zarośli u stóp nuraghe...

Crabia

Zejście jest bardziej karkołomne, niż wejście. Małego znosimy podając go sobie ze schodka na schodek, mimo, iż ze wszystkich sił chce nam zademontrować skuteczność swojego trekingowego kija. Przechodzimy przez odrodzoną świeżą trawą łąkę, pokonujemy mostek i, dobywszy z auta prowiant, zabieramy się za jego konsumowanie. Szosą przejeżdża pierwszy od godziny samochód - jakiś stary Sardyńczyk w rozklekotanym fiacie Panda. Kiwa nam głowa, jak swoim. Odkiwujemy i przeżuwając bułki myślimy, że nie zawsze trzeba się upierać przy ustalonych planach. Los często trzyma dla nas w zanadrzu niespodzianki, trzeba tylko dać mu się zwieść...

 

Nuraghe, które odwiedziliśmy nazywa się Crabia. Jest jednym z najlepiej zachowanych i najmniej znanych nuraghe. Współrzędne: 40° 02' 541"N, 8° 41' 481".

Crabia

* 131 (centotrentuno - czyt. czentotrentuno) - to droga szybkiego ruchu łącząca północ i południe Sardynii (z Sassari do Cagliari).

** teoretycznie powinno sie pytać o pozwolenie na wchodzenie na teren prywatny, ale w rzeczywistości obywa się bez tego

*** dni polowań na Sardynii to czwartki i niedziele - wówczas lepiej nie udawać się "w teren", by nie ryzykować ustrzelenia...

wtorek, 30 października 2012

Święto Halloween w ostatnich latach, podobnie jak McDonald, rozprzestrzeniło się daleko poza granice krajów anglo-saksońskich. Większość dzieciaków nie może się doczekać przebierania, straszenia, chodzenia po domach z lampionami, dyni i łakoci. Niewielu spośród nich - a także spośród dorosłych - jednak wie, jaki jest rodowód tego święta.

 halloween

Wystarczy poszperać w internecie, by dowiedzieć się, iż Halloween pochodzi od "All Hallow's Eve", czyli wigilia wszystkich świętych. To antyczne święto chrześcijańskie zaczęto obchodzić w IV-tym wieku naszej ery, w dniu 13-tego maja. W roku 835-tym papież Grzegorz IV przeniósł je na 1-go listopada. Nie bez powodu: tego samego dnia Celtowie obchodzili święto końca lata - Samahin. Obrzędy obejmowały dziękczynienie składane Matce Ziemi za jej owoce oraz ubój zwierząt - ich kości następnie palono. Samahin znajdowało się na granicy między rokiem starym i nowym; to właśnie dzięki temu granica między światami żywych i zmarłych w tym dniu zanikała pozwalając zmarłym na powrót do ich zimskich siedzib. Chrześcijaństwu nigdy nie udało się wykorzenić tego wierzenia. Stąd ustanowione 2-go listopada obchody święta zmarłych.

Podczas nocy Samahin przy ogniskach wspominano dziadków i pradziadków, przypominano młodym członkom rodziny ich imiona, ich czyny. By zmarłym ułatwić dotarcie do ich domów, w oknach zostawiano światła. Na stołach czekało na nich pożywienie.

halloween dynie

Na Sardynii wieki przed nastaniem Halloween obchodzono podobne święto. Było znane pod kilkoma imionami: Is Animmeddas, Su mortu mortu, Su Prugadoriu lub Is Panixeddas. Również w tym przypadku głównymi aktorami święta były dzieci. Chodziły od domu do domu prosząc o dary "pro su ‘ene ‘e sas ànimas" (dla dobra dusz). Otrzymywały domowe słodycze (papassini), suszone owoce, kasztany, migdały, orzechy. Wszystko dla biednych dusz czyśćcowych. Dorośli świętowali przy skromnej kolacji, wspominając zmarłych oraz opowiadając miejscowe legendy. Stoły zostawiało się zastawione przez całą noc, a w niektórych regionach Sardynii zostawiano nawet otwarte szafki z wiktuałami, by niczego duszom nie zabrakło. Używano nawet wyciętej dyni: służyła do rozbawiania i straszenia dzieci. W domach zapalano zaś po jednej lampce (lantias) dla każdego zmarłego.  

seui

A jeśli ktoś chcialby przeżyć antyczne "Halloween" sardyńskie, to niech się wybierze do Seui na "Su Prugadoriu" - "Czyściec". Tutaj program.

źródło: http://www.contusu.it/leggende-e-tradizioni/902-su-mortu-mortu

źródła zdjęć: www.news.abc24.it, www.digital-photography-school.com, www.brandthunder.com,

 
1 , 2 , 3